niedziela, 29 października 2017

Blondynka w podróży #5: prawie spędziłam noc w wariatkowie!

To, że wylew szczęścia poprzedza seria niefortunnych wydarzeń, to wiadomo.

To, że największy fart, spotyka nas dopiero w momencie, w którym znajdujemy się w najgorszej dupie, to wiadomo.

To, że uczucie spełnienia, zadowolenia, bycia szczęśliwym, wynika jedynie, ba! tylko i wyłącznie, z tego, że wydostaliśmy się z totalnego dołu życiowego i uczucia zgnuśnienia, to wiadomo.

Że szczęście, to moment pokonania własnych słabości i niedoskonałości, to.. powtórzę: wiadomo.



Wiadomo też, że

żeby stać się choć trochę szczęśliwym, potrzebujemy zaznać prawdziwego smutku;


"Skąd takie wnioski?" - zapytacie. Otóż te przemyślenia, są tylko i wyłącznie związane z tym, co napotyka mnie w codziennym życiu zwykłego, szarego, średnio czytanego, blogera, tfu- blogerki! Poprawność polityczna przede wszystkim ;).

Ostatnio pisałam Wam o tym, że zmieniam swoje życie. Że postanowiłam wiele postawić na jedną kartę. Czy się opłaci? To się okaże po czasie. Póki co, w miarę, mam dobrą passę, która utwierdza mnie w tym, że dokonałam właściwych decyzji. W końcu


kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.


A że wychodzę z założenia, że lepiej żałować popełnionych czynów, niż smucić się nad niewykonanymi, archaicznymi wyobrażeniami, to tak też postanowiłam zrobić.Tuż po tym, jak z totalnego marazmu życiowego udało mi się wyprowadzić na prostą moją ścieżkę edukacyjną, postanowiłam, że będę ją kontynuować i rozpocznę kolejny etap

inwestowania w siebie


Dobrze, że więcej mam w sobie optymizmu ekstrawertyka, niż wrażliwości introwertyka - to bardzo pomaga mi w dokonywaniu wielkich rzeczy w pojedynkę. Żeby odnaleźć wymarzony kierunek, w który zechcę zainwestować kasę, czas, pieniądze, energię i forsę (:d) musiałam oddalić się nieco z poszukiwaniami. O jakieś 300 kilometrów od mojego miasta. Tak też się stało, że nawiguję do Was z centrum poznańskiego dowodzenia.

W ciągu 24 godzin postanowiłam, że rozpoczynam kolejny etap samokształcenia, odnalazłam połączenia pociągowe i przede wszystkim:


znalazłam też nocleg.


Dzień na uczelni uważam za jeden z TYCH momentów. Tych w których w końcu czujesz się wygodnie w swojej skórze. W których masz wrażenie, że bodźce zewnętrzne działają na Ciebie jak maska tlenowa i pozwalają oddychać Ci pełną piersią. Zatem po fantastycznie spędzonym czasie na uniwerku, pełna wigoru, nucąc pod nosem (lekko zmienione) słowa kawałka Holaka, coś w podobie:

"Wszędzie dobrze, gdzie ogarniam."


udawałam się w stronę hostelu, celem odpoczynku, zregenerowania sił i usystematyzowania zdobytej przeze mnie podczas całego dnia, wiedzy. Po przybyciu do miejsca noclegu, poczułam się jakby ktoś wylał mi kubeł zimnej wody na łeb. Tak jakby jakaś siła wyższa miała ochotę krzyknąć na mnie stanowczo:

Nie za dobrze Ci? BABO JEDNA?!


Cudowny klimatyczny hostel okazał się być schronieniem dla ucieleśnienia mojego strachu, niepewności i przerażenia. Gdy weszłam do pomieszczenia, w którym miałam spać, przywitał mnie smród starej gorzelni. Do tego ujrzałam męskie, ubłocone trapery, dwie butelki po bimbrze samoróbce, kilka pustych, acz skalanych, kieliszków. Pomyślałam sobie: zagryź zęby, księżniczko, to tylko kima. Czarę goryczy przelał moment, gdy w typowym dla hosteli, pomieszczeniu wspólnym, postanowiłam skonsumować posiłek. Tam, ujrzałam zafascynowanego mężczyznę, który 

nie mógł oderwać oczu od wyłączonego telewizora...


Podejrzewam, że przed jego oczami jawiła się w tamtym momencie magia. Może wyimaginowana telewizja? Unnormal TV? W moich oczach natomiast, co można było wówczas dostrzec, to przerażenie. Zabrałam manatki, stwierdziłam, że

nie spędzę ani minuty dłużej w tym domu wariatów!



Zatem zrezygnowana rozpoczęłam podróż na dworzec. Wszędzie dobrze gdzie ogarniam, a co jak nie jednak nie ogarnęłam? Byłam doszczętnie przybita tą porażką. Mało tego- wizja powrotu do domu o 23 i wsiadania z powrotem w pociąg o 5 rano, żeby przyjechać tu na 9 na uczelnię, nie napawała mnie optymizmem. 15 minut przed przyjazdem pociągu, doznałam jakby... olśnienia? Chwyciłam za telefon, zadzwoniłam do kumpeli ze Szczecina, z prośbą o uruchomienie kontaktów i o pomoc.

I tak oto nadaję do Was po wypiciu piwka, z sympatycznego miejsca. Miejsca, w którym pewnie nie jeden bimber został wypity i

czuję się zainspirowana jak nigdy.


 Dzięki dobremu serduchu kilku osób, zasypiam dziś czując się bezpiecznie. Uczucie zafascynowania życiem wyrywa mi serducho do tego stopnia, że mimo potwornego zmęczenia, wiedziałam, że tę miłość do życia i tę miłość do drugiego człowieka, muszę włożyć w tekst. A tekstem koniecznie się z Wami podzielić. Bo kochani,

mam w sobie tyle wdzięczności do życia, że zaraz wybuchnę!


Bierzcie ją, czerpcie z niej to co dla Was cenne. Co dla mnie cenne, to nauczka, by nie spisywać dnia na straty. To lekcja, że nawet te najbardziej gorzkie łzy i to najcięższe sercu uczucie żalu, można porzucić na rzecz spełnienia, satysfakcji i samozadowolenia.

Tak oto blondynka w podróży, po raz kolejny wymsknęła się spod bata pecha.

Mam nawet pewną filozofię na to, jakim cudem udało mi się do tego doprowadzić. Jesteście ciekawi? Już w następnym tygodniu pojawi się Dekalog człowieka w czepku urodzonego.  W nim postaram się opowiedzieć Wam jak przyciągam do siebie farta. Śledźcie fejsa, instagram, no i zamaszysta.pl, tam będę informować na bieżąco!

Ja tymczasem się żegnam, a Wy?
Wy

Szukajcie porażek, bo gdy ich zaznamy, smak zwycięstwa jest słodki jak nigdy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Zamaszyście Podpisana , Blogger