piątek, 21 kwietnia 2017

Moje koszmary: Shake z McDonalda powalił mnie z nóg!


Opowiem Ci pewną historię. Tylko najpierw przyjmijmy jedną zasadę. Ja z szacunku do Ciebie, wrzucam tu regularnie wpisy, więc proszę Cie, żebyś Ty, z szacunku do mnie, skupił się w pełni na każdym czytanym słowie, by nie umknął Ci żaden promień słońca, ani żadne źdźbło trawy wbijające się w stopę. Żadna kropka, żaden przecinek i żaden znak zapytania.



Wyobraź sobie taką sytuację... Stoisz na bardzo wysokim wzgórzu. W Heide Parku, ze względu na jego rozmach, nazwali by je pewnie Kolosem, albo innym SuperTurbo. Przed Twoimi oczami rozpościera się przepiękny widok: z lewej strony spoglądasz na bezkres morza, po prawej zaś, masz okazję podziwiać zalesione wzgórza ciągnące się w nieznaną dal. 

Krótko mówiąc: petarda! Aż zapiera dech w piersiach! 


Przymykasz oczy i odczuwasz głęboką rozkosz, gdy wiatr muska Twoje, strudzone podróżami, czoło. Nagle... Do Twoich uszu dochodzi nieprzyjemny gwar, który przeszkadza Ci doceniać i chłonąć tę widokówkę. Przed Twoimi oczyma rości się cały batalion wojowników. Idą w żołnierskim szyku, noga w nogę, mundur obok munduru, waleczne spojrzenie tuż obok kolejnego walecznego spojrzenia. No normalnie atak klonów! Co gorsza, ta chmara żołnierzy zmierza w Twoją stronę. Tupot ciężkich, militarnych butów, zaczyna pulsować Ci w głowie. Ty, zamiast podziwiać zachód słońca i zbierać wszelkiej maści kwiaty i kamyczki, zaprzątasz swoje myśli opracowaniem planem ucieczki. Tłum jest coraz bliżej Ciebie. Rozglądasz się w prawo, potem w lewo, potem jeszcze raz w prawo, celem upewnienia się, którą drogę ewakuacji obrać. Skoczyć z klifu prosto do morza, czy rzucić się w ostre igły lasu? Batalion podąża coraz szybciej i coraz bliżej Twojego kierunku. Zaczynasz biec. Tak w sumie to próbujesz to robić, bo okazuje się, że Twoje nogi są ciężkie jak dwa spuchnięte, wrośnięte głęboko w ziemi, pnie. Czujesz się, jakbyś biegł 

po rozregulowanej bieżni. 

Im bardziej się starasz, tym mniej Ci wychodzi. Im szybszy chcesz być, tym wolniejszy się stajesz.


Wkładasz w ten lichy bieg co raz więcej wysiłku, a okazuje się, że Twoje tempo jest co raz to mniejsze. Tłum się zbliża. Ty nie możesz przyspieszyć, za to robi to Twoje serce, które dudni jak szalone. Przed zostaniem stratowanym dzielą Cie kilometry, potem metry, aż wreszcie waleczna gwardia chucha gniewnie na Twoje plecy.

Zamierasz w bezruchu, po to by....


Obudzić się spocony na swojej poduszce. Cieszysz się, że to był tylko paskudny sen, który nigdy się nie wydarzył.

Tak mniej więcej wygląda zmora nocna przeciętnego człowieka. Różni się czasem scenografia takiego snu, niekiedy obiekt, przed którym się ucieka. Pozwólcie, że opowiem Wam, co z kolei pojawia się w moich snach i napawa mnie przerażeniem do tego stopnia, że budzę się z krzykiem. Przenieśmy się z śródziemnomorskich klimatów i uroków natury, w nieco bliżej usytuowane i bardziej znane nam wszystkim, miejsce. Poznajcie proszę mój 

koszmar w realu, zły sen na jawie.


Sobota, godzina 15:30. Na dworze, zza bloków wychyla się przepiękne Słońce. Wiosna powoli budzi się do życia. Podążam radosnym, niemalże tanecznym krokiem, mijając uśmiechniętych przechodniów, podziwiając zieleniące się liście na drzewach. Ba, dostrzegam nawet, że w sąsiednim parku krokusy poczochrane od wiatru, powoli wstają ze snu zimowego. Idę, drepczę, maszeruję. Tu ochoczo kopnę kamyczek, by za rogiem wygwizdać wesoło całą piosenkę 'don't worry be happy', nawet z podziałem na głosy. Jakaś dziwna siła kieruje mnie w jednym kierunku. Mimowolnie oddalam się od tego Słońca, krokusy mienią się na niebiesko już hen hen w oddali, robi się ciemniej, co raz bardziej ponuro i nagle... przechodzę przez furtkę odgradzającą mnie od piękna dnia codziennego.

Przekraczam mury galerii handlowej.


A tam: tłum gapiów, krzyki dzieci i setki mężczyzn ze smartfonami, którzy okupują wszelkie ławki i miejsca siedzące (nawet te, co niekoniecznie do siedzenia służą). Kobiety wyrywają sobie z rąk poplamione fluidem bluzki. Kolejki ciągną się od kas do witryn butików. A moje myśli na taki widok, aż ze współczesności, do PRL'u. Podłogi w każdym ze sklepów nie są usłane różami, a ubraniami pozrzucanymi z wieszaków.

Istna stajnia Augiasza. Shock in shop edition. 

 Ktoś właśnie potrącił mnie z bara.Gdyby nie to, że przewidziałam nieco ten fakt, uprzednio wychodząc z siebie, to na bank ta potrącona ręka rozpoczęłaby wychodzenie pierwsza. Tylko, że ze stawu. Nie no, dłużej przecież tu nie wytrzymam. Odwracam się na pięcie i chcę wyjść. Sekundę później, leżąc na plecach, zastanawiam się co mną kierowało, gdy tutaj wchodziłam.



Chyba po to, by pośliznąć się na szejku truskawkowym rozlanym przez jakiegoś dupka. 
3,50. Trzy złote, pięćdziesiąt groszy. Tyle kosztowało kogoś by na dobre wybić mi z głowy chodzenie do galerii handlowych w weekendy. Bezcenne są tylko spojrzenia przerażonych gapiów i widok, gdy zamierają na chwilę w bezruchu, patrząc w skupieniu jak dalej potoczą się moje losy. 



Pewnie z przerażeniem zapytasz mnie jak mogą wyglądać wolne weekendy? Że jak to tak bez shoppingu, łażingu i przymierzingu? Że co? Że kawki z hofi kewen nie wypijesz? Moja mama usilnie stara się namawiać mnie do spacerków po galerii. Lubię z nią spędzać czas, nawet na zakupach, serio! Jednak, większość czasu się opieram, ustalając terminy takich spotkań na środek tygodnia, gdy sprzedawcy mogą oddychać pełną piersią, a klienci nie są w weekendowym szale zakupów. Wolny weekend przeznaczam nie na: nerwy, pośpiech i woń potu w przymierzalniach, a na: książkę, serial, spacer czy wożonko na desce.


Świeże powietrze rodzi we mnie świeże pomysły. A ilekroć znuży mnie proza życia codziennego - stawiam oczy na zapałki i nie daję się zwieść pozorom. Koszmar weekendowych zakupów omijam szerokim łukiem. Choćbym miała wypić litr kawy, nie i basta!


A tak w ogóle... to jak można pić szejki truskawkowe?! Fuu! :)






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Zamaszyście Podpisana , Blogger