środa, 8 marca 2017

Cholera, znowu się ufafluniłam! Czyli 5 sposóbów, jak nie być ciapą na siłowni.

Hej dziewczyno! Wyobraź sobie taką scenę:



 po udanym treningu na siłce, zasiadasz przy recepcji, żeby zjeść posiłek potreningowy. Fajnie, bo dzisiaj Twój ulubiony przysmak, więc pieczołowicie wachlujesz łyżką w słoiku z deserkiem chia z musem jagodowym. Obok przechodzi niewyobrażalnie przystojny facet. Blask jego białych ząbków oślepia Ciebie na tyle, że ledwo dostrzegasz, że jego oczy również uśmiechają się w Twoją stronę. Nieśmiało zaglądasz za siebie, potem w prawo, no i w lewo, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że... tak! To Ty jesteś adresatką tego nieziemskiego uśmiechu. Co robisz? To naturalne, odwzajemniasz spojrzenie, szczerząc się od ucha do ucha.

Fioletowymi od jagód zębami. 

Przyznam się Tobie szczerze, że mimo, że jestem totalną ciapą, to taka sytuacja na całe szczęście mi się nie przytrafiła. Ale za to, z moim niekrótkim już stażem w bywaniu w świątyniach fitnessu, zdarzyło mi się kilka innych sytuacji, których wolałabym uniknąć. W związku z tym mam dla Ciebie mini poradnik. 

Zapraszam Ciebie do krótkiego szkolenia i przeczytania:

 5 sposobów, jak nie być ciapą na siłowni.


1. Zawsze miej wyostrzone zmysły. Zawsze.



Rzeczą zmysłów jest oglądać, rzeczą intelektu myśleć.

To nie były moje początki z siłownią. Uczęszczałam już tam jakiś czas. Nawet trochę schudłam, a bieżnia nie budziła już we mnie takiego strachu, jak przedtem. Ruszyłam. Rozpędziłam się nawet troszkę. W słuchawkach rozbrzmiewał właśnie jakiś przyjemny housowy kawałek. Byłam lekko zmęczona po 8 godzinach pracy, ale nie przejmowałam się tym. Wiatr klimatyzacji lekko muskał mnie po twarzy i wichrzył lekko spoconą już grzywkę. Nagle poczułam się jakbym biegła po lesie. Albo nie! Brzegiem morza. Chcąc sobie to wyobrazić przymknęłam lekko powieki.

Gdy je otworzyłam, leżałam na ziemi, a laska z bieżni obok właśnie awaryjnie wyłączała moją. Na moment wszyscy współćwiczący zamarli w bezruchu, z przerażeniem spoglądając w moją stronę. Ja w sumie, zareagowałam lajtowo, bo roześmiałam się z własnej nieudolności. Chyba w tym momencie wszyscy mieli mnie za obłąkaną :D. Suma sumarum nic się nie stało, poza tym, że mam do dzisiaj bliznę od zadrapania podczas upadku z bieżni. Ale to dla mnie pamiątka, by nigdy, pod żadnym pozorem, podczas biegania nie przymykać powiek, ba! Mieć podwójnie wyostrzone zmysły.

2. Zakręcaj bidon, butelkę, czy szejker. Porządnie. 



To uczucie, kiedy po udanym treningu, spocona nalewam do szejkera z białkiem wodę. Zakręcam i korzystając z rezerwy sił mojego organizmu, niczym zawodowy barman, wytrząsam swój napój potreningowy. Przeważnie dzięki mojej wczutce na koktajl-mastera, bywa zabawnie. Ale nie wtedy, kiedy nie zauważę, niedokręconego elementu i nie ochlapię wszystkich dookoła. Białko z wodą strasznie się lepi. Obrzydliwie. Zwłaszcza na włosach.

3. Mierz siłę na zamiary


Każdy przywódca armii wie do czego jest zdolny jego batalion. Wobec jakiej sile uda mu się przeciwstawić, a pod wpływem jakich technik ugną się nawet jego najlepsi wojownicy.

Są takie dni, kiedy NIECHCEMISIĘNAMAXA. A potem? W jakiś niewyjaśniony sposób okazuje się, że mam dziś formę życia. Tak jak wtedy, kiedy ustawiłam czas na bieżni 10 minut, a wydłużyłam go w trakcie biegu o 30. Z czego ostatnie 5 biegłam sprintem. Potem poszłam na bardzo fajną maszynę - schody ruchome w dół. Czułam się jak Pani Świata, która wspina się na szczyt swojej mantry. To ćwiczenie strasznie męczy, można było wyciskać ze mnie jak z gąbki. Mimo to, stwierdziłam, że chcę mocniej, więcej i bardziej. Sześć razy wcisnęłam przycisk ze znakiem strzałki w górę. A schody zaczęły gnać. Chociaż nie, one w sumie nie gnały. One zapieprzały jak szalone. Nie dziwota więc, że moje kończyny dolne zgłupiały na tyle, że totalnie im się poplątało co mają robić i w którą stronę.
Padłeś, powstań. Od zawsze chciałam, by moje życie było jak w reklamie. No tylko niekoniecznie w tej :D. 

Teraz za każdym razem, jak powoli zaczynam przeginać, to przypominam sobie tę złotą zasadę.


4. Sprawdź swój strój pod każdym kątem.



Porządny mundur, to priorytet w wojnie o lepszego siebie.

Wygoda to podstawa, ale nie zapominajmy też o zachowaniu wszelkich zasad bezpieczeńtwa i godności. Proponuję przed wyjściem na siłownię osiem razy sprawdzić, czy Twoja bluzka/ stanik sportowy, pod wpływem różnych kombinacji ruchowych, nie odsłonią rąbka tajemnicy. Sprawdź też, czy przypadkiem nie schudłaś na tyle, że podczas ćwiczeń będziesz wyglądać jak skejt, w spodniach/ leginsach opuszczonych do połowy pośladka. 

Co do sznurowania obuwia, napiszę tylko- róbcie to. Nie będę przytaczać anegdoty o sznurówce wkręcającej się w orbitrek, bo pomyślicie, że to post promujący napój, którego 'padłeś, powstań' to główne hasło reklamowe. Nie. To tylko post o mojej ciamajdowatości!


5. Przed zamknięciem torby zajrzyj do niej raz jeszcze.



Każdy żołnierz musi być świadomy tego, ile kul pozostało mu jeszcze w magazynku. I czy nie stanowią ich przypadkiem ślepaki.

O tym, co do torby treningowe należy zapakować pisałam tutaj (klik). Nie wspomniałam tam jednak, że przed zasunięciem zamka błyskawicznego, naszym obowiązkiem jest osiem razy sprawdzić, czy nic, co się w niej znajduje, nie stwarza zagrożenia dla naszego schludnego stroju, czystego otoczenia, czy też, nieskalanej brudnymi czynami, godności. Przeciekający z torby sok marchewkowy, ciągnący się za Tobą w drodze między szatnią, a wyjściem z siłowni, nie stanowi fajnego widoku. A plama, którą stworzyła Twoja nieuwaga mieści się nie tylko na podłodze, ale i na honorze. 


Jestem osobą, która jest największą fajtłapą ever. Nie raz zdarzyło mi się potknąć o własną nogę. To ile razy w tygodniu wysypuję kakao, kawę, ryż, na środku kuchni, by potem odkurzając ją z podłogi uderzyć się głową w blat, jest niepoliczalne. Skos w mieszkaniu mojej przyjaciółki tyle razy zetknął się z moim czołem, że zaczął za nim tęsknić. W swoim życiu miałam co najmniej 10 telefonów komórkowych. Każdy z nich umarł śmiercią tragiczną w walce z moją ciamajdowatością. 



Ale mimo to, nie zaszywam się w swoim mieszkaniu, otulając kocem, żeby nie sprawić zagrożenia dla otoczenia. Ruszam przed siebie i brnę dalej. Moim sposobem na te wszystkie potknięcia jest śmianie się z tego. Tylko dystans do swoich pomyłek, ocali Ciebie przed wahaniami samooceny. Tylko dystans może Cie uratować. No i uczenie się na moich błędach. A kilka ich było ;).


Zamaszystego i zdystansowanego wieczoru, Kochani!


4 komentarze:

  1. A myślałam, że to ja jestem największą fajtłapą ever :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a widzisz! Lubię łamać stereotypy! haha :)

      Usuń
  2. haha! Poprawiło mi to humor! Nie z mojej złośliwości i radości z czyichś potknięć a z lekkiego klimatu i dystansu do siebie, jaki prezentujesz. Skoro Ty się potykasz i jesteś w stanie dzielnie maszerować przed siebie a na dodatek gładko i plastycznie o tym mówić, to mnie zapewne tez nie stanie się krzywda, gdy po raz kolejny rozleję poranną kawę a w zamian grymasu uśmiechnę się do siebie. Czekam na kolejne inspiracje i mocno trzymam za Ciebie kciuki! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paula, bo dystans to podstawa! Tylko on nas może uratować przed zgryźliwością i malkontenctwem naszych współrodaków - a pesymistów niestety u nas nie brakuje :(. Dziękuję Ci za miłe słowa, wiele dla mnie znaczą!

      Usuń

Copyright © 2016 Zamaszyście Podpisana , Blogger