piątek, 19 grudnia 2014

Dojść do sukcesu samemu - czego chcieć więcej?

2 stada, 6 papierosów i 10 kichnięć



Zazwyczaj staram się nie liczyć. Nie liczę minut w oczekiwaniu na tramwaj, czy autobus (wyznaję magiczną n-tą zasadę Murphy'ego: „odpal papierosa, a jakikolwiek środek komunikacji miejskiej wyrośnie spod ziemi” i po dziś dzień sprawdza się ona niezawodnie). Nie odliczam ludzi w kolejce w markecie, ani zawartości koszyka (oczywiście tylko i wyłącznie w przedziale czasowym: do tygodnia po wypłacie). Jestem kobietą, więc również nie liczę ile zajmie mi zrobienie mejkapu – przecież to przyjemność- a szczęśliwi, podobno, czasu nie liczą. Od kiedy byłam małą dziewczynką rodzice również uczyli mnie, że jeśli chodzi o kwestię liczenia, to muszę liczyć tylko na siebie.            
Od podstawówki pamiętam tylko dwie sytuacje, kiedy przeliczyłam się z moją samodzielnością. 8 letnia mała blondyneczka z warkoczykami z uniesioną ręką w górze.
-Psze pani! Ja sce! Ja sce prowadzić kronikem klasowom!     
I w tamtym oto momencie zaczęły się schody. Nie ulega niczyjej wątpliwości, oczywiście, że jeśli chodzi o umiejętności w kwestii spisania wspomnień klasowych, nie stanowiły one jakiegokolwiek problemu. Poprzeczką, mającą na celu przeszkodzenie mi w spełnieniu się w roli Galla Nie-Anonima były moje umiejętności plastyczno-techniczne. Przyszłam wtedy do mamy, która wówczas delektowała się którąś z kolei kawą w ciągu dnia, stwierdziłam:
-Mama, ta kronika, to jest głupia.
            Wtedy, moja szanowna rodzicielka, przyjmując postawę rozważnego wychowawcy, postanowiła, że udowodni mi, że nie ma na tym świecie zadań głupich, jak i awykonalnych. Tydzień później zjawiłam się w szkole z piękną książeczką, wypisaną starannie pismem technicznym, pełną ciekawych anegdotek. To było wspaniałe dzieło. Dzieło miłości matki do córki.        
            Druga sytuacja jaka utkwiła mi w pamięci wydarzyła się ładnych kilka lat później. Nie wiem, czym konkretnie w zamyśle autora frazy była „Czarna Magia”, ale dla mnie czystą definicją tego stwierdzenia stała się chemia. Zbliżał się czas klasówki, która miała przesądzić o moim (jak wtedy uważałam) życiowym być i nie być. Po pomoc udałam się do najbliższego Czarnoksiężnika z mojego otoczenia. Mojego taty. Po kilku podartych kartkach, zamazanych równaniach chemicznych, spływających kroplach potu na strudzonych skwaszoną miną twarzach udało się. Nie zaliczyłam tej klasówki z oceną co najmniej dobrą, aczkolwiek ta trója na świadectwie, była i jest po dziś dzień, moim największym małym sukcesem. Jestem pewna, że gdyby istniał przedmiot ‘Gra zespołowa Ojca z Córką’, po tych kilku godzinach docierania się, jako duet korepetytora i durnej uczennicy, zaliczylibyśmy go z tatą na pięć.
To chyba te dwie sytuacje udowodniły mi, że nic w życiu bardziej nie cieszy, jak samodzielny i strudzony sukces. Zdaję sobie sprawę, że człowiek jest dość ułomną istotą i a)nie będzie w stanie nigdy pracować w pojedynkę b)jest na tyle stadnym stworzeniem, że ów podejmowanie działania w pojedynkę, jest nawet nie tyle co, trudną do osiągnięcia, co niepożądaną przez niego próbą. Jednak uważam, że to co wywalczymy sami, stanowi spełnienie większej autosatysfakcji.          
            Staram się nie liczyć, jednak pewne momenty w naszym życiu trwale zamieniają naszą szarą egzystencję w maturę z matmy. W urodziny słyszymy jak tyka zegar. W pracy zerkając na godzinę uśmiechamy się, że już za chwilę nadejdzie odpoczynek. Jak i dzisiejszego wieczoru na schyłku z nocą starałam się nie liczyć- Nie dodawać do siebie owieczek; Nie mnożyć przez siebie wypalonych w wyniku bezsenności papierosów; Ani nie liczyć kichnięć odświeżacza powietrza, który ma na celu co 38 minut umilać mi aurę w mieszkaniu. Nie liczę łez, ani uśmiechów. Aż chciałoby się przytoczyć słowa Andrzeja Rybińskiego: „nie liczę godzin i lat”.




Ale no kurde, musimy się liczyć z  jedną rzeczą- życie jest jedno i szkoda je tracić na liczenie. Mogłabym Ci wyliczyć jeszcze milion powodów dla których nie warto liczyć.
Tylko po co? Staram się nie liczyć.

Jeszcze w trakcie pisania poczułam się jakbym stała tuż obok „Drzewka Japońśkiego”. Tak, kichnięć było jednak jedenaście.  




2 komentarze:

  1. Masz świetny styl pisania, pozwolisz, że się tu zadomowię? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, zapraszam! Im nas tu więcej, tym raźniej :). Zapraszam do zapoznania się z najnowszym wpisem!

      Usuń

Copyright © 2016 Zamaszyście Podpisana , Blogger